igorspolski blog

Twój nowy blog

Na dole czeka juz na mnie Shyam i za chwile ruszamy przez Kathmandu na bus-park zeby zlapac cos na granice z Indiami.
Ta noc byla wyjatkowa, przegadana z Andym w strugach deszczu, ktory spadl tu po raz pierwszy zimowa pora.
Wszystko lsni po nocnym padaniu i jest jakos tak uroczyscie. Mam nadzieje ze uda sie dotrzec w przeciagu tygodnia
na Sri Lanke poruszajac sie wylacznie malymi lokalnymi busami z kurami wolami u usmiechnietymi
hindusami w lsniacych blekitnych sweterkach. Nie mam bagazu po raz pierwszyw zyciu i jest to uczucie nieopisane.
Mam mandoline na ktorej mam zamiar przez najblizsze dwa tygodnie ugrac pare nowych piosenek.
Przede mna 3000 km do zrobienia, jedeyne co znam to kierunek. Zadnych samolotow i pociagow.
Off I-Go-R!

To juz ostatni wpis na tym blogu. Dziekuje wszystkim, ktorzy czytali to opowiesc.
Mam nadzieje, ze za pare miesiacy znajdziecie w sklepach box obejmujacy zdjecia,
travelogue i muzyke z tej wyprawy. Dziekuje wszystkim, ktorzy zachecali mnie
do pisania tej historii. Dziekuje serdecznie Andyemu za wprowadzenie mnie w arkana
dalekiego wschodu, uzyczenie sprzetu i pomocna dlon bez ktorej bym sie pewnie utopil.
Dziekuje mojej rodzinie za finansowe wsparcie, dzieki niemu moglem nagrac plyte w Nepalu.
Dziekuje mojemu bratu za pozyczke dzieki ktorej moglem godziwie zaplacic muzykom
ktorzy zrobili ze mna ten album.
Dziekuje Zielakowi z Lysego Pingwina, ktory namowil mnie na wyjazd do Nepalu;-)
Dziekuje Zojce za to ze sledzila i komentowala kazdy wpis na tym blogu;-)
Dziekuje Monice Mariotti i Blaskaczowi i Mackowi „Heglowi” Woszczykowi
za opieke nade mna po powrocie.
Dziekuje Kamili Borucie za kawal dobrej roboty.

Kocham Was!

Pozdrawiam Nikesha Roxte, Deepesha Mulmiego, Rubina Kumara i Daniela Rasailego,
z ktorymi nagralem plyte.

Peace and Love!

Dahnybatt and Namaste!

Przybijcie pione!

Flashbacks

Brak komentarzy

W samolocie atakuja mnie roje flasbackow z Nepalu.
Praca w dusznym studiu, spacery po Kathmandu, mieszkanie w klasztorze,
opowiesci Andyego, wycieczka w gory i inne lewe racje.

FLASHBACK 1

Przypomina mi sie zakurzony obrazek.
Na obrazku jade rowerem przez pola ryzu.
Dookola wsciekla zielen i Phewa Lake, przepiekne gory.
Po drodze widze czarnych malcow jak sie na golasa kapia
w przecinajacym szose strumyku. Kiedy wchodze im w kadr
ruszaja z krzykiem wprost na mnie i czuje ze za chwile
mnie staranuja. Im jednak chodzi tylko o przejazdzke.
Jestem zatrzymany przez ten nagusienki patrol. Obsiadaja mi jak muchy
caly rower, a ja oczywiscie mam pedalowac. Pot sie ze mnie leje,
a oni dra sie w nieboglosy ze szcescia co to przyjechalo
do ich malej wioski na dwoch kolkach gorskiego roweru.

FLASHBACK 2

Siedze w kafejce internetowej i wchodzi sympatyczny
czlowiek-egzotyka. Zakutany w nomadyczne, zwiewne , kolorowe plachty
taszczy na plecach mandoline.
Biore ja na chwile i nagle BACH! olsnienie i mam gotowa piosenke.
Wieczorem spotykam sie z owym chlopakiem w klubie.
Nazywa sie Ricardo i jest z Argentyny.
Przynosze ukulele, a on przyprowadza Krishne.
Krishna jest Anglikiem greckiej krwi
ma okolo 50-tki i gra flamenco na gitarze wiec urzadzamy sobie jam.
W miare jak muzyka nabiera mocy, z okolicznych guest housow
schodza sie powoli travellersi wywabieni muzyka na zywo.
Nasze brzdakanie to jedyny show w tej ciemnej bocznej ulicy.
Ze zwyklej proby robi sie raptem koncert,
i dostajemy calkiem fajne brawka przy blasku swiec miedzy numerami.
W oddali zieje tysiacem zapachow i dzwiekow nocna dzungla.

FLASHBACK 3

Wchodze do schroniska na wysokosci ponad 3500 m.n.p.m.
Jest to zapadla, malenka Nepalska wioska gdzie tylko pare domow na krzyz.
W przedpokoju stoi polka z ksiazkami.
Ja jestem tak wyposzczony ze zapalaja mi sie oczy i przegladam co tam jest.
Okazuje sie ze to tytuly pozostawione przez turystow, a miedzy nimi
ostatnia ksiazka MIrka Nahacza-”Niezwykle przygody Roberta Robura”
Po polsku…o dzizas…kto to przytaszczyl???
Zabieram ze soba i czytam nadal, zostawie w innym miejscu dla nastepnych.


 

Back in U.S.S.R.

3 komentarzy

Nie moge w nocy spac dluzej niz 5 godzin, budze sie w dusznym
pokoju hotelowym, nad glowa swiruje i szatkuje powietrze wiatrak-
ja taki sam wiatrak mam w glowie. Jeszcze wczoraj wieczorem
popijalem wyskokowe napoje na dachu hotelu wraz z usmiechnietymi
hindusami, a tu raptem trzeba przekuc Azje na Europe, 50 stopni upalu
na 5 stopni jesiennego ziabu.
Manager hotelu, z ktorym zawieramy jednorazowa przyjazn,
popija moja whiskey ale nie daje sie namowic zeby usiadl ze mna
przy stoliku. Tak wiec stoi nade mna w skupieniu i szacunku,
a ja czuje sie jakbym mial lokaja. Jakos mi z tym niewyraznie
i uwiera pod glowa taki rzeczy stan.
Dookola nas kraza inni hindusi, ktorzy pracuja w hotelu.
Wszyscy wygladaja jak Freddie Mercury z okresu trasy „Kind of Magic”,
blyskaja im zeby w rozlozystych usmiechnieciach, a kiedy juz sie na nas
napatrza pojda polozyc sie spac na tym samym dachu-tu pracuja, tu mieszkaja.
W dole huczy Delhi w potwornej spiekocie, pyl, spaliny wrazaja sie
swym bezlitosnym ostrzem w krtan, pluca i kazda fibre mojego ciala.
Kiedy zapalam papierosa czuje sie jakbym wdychal czyste, gorskie powietrze.

Swiezo zmodernizowane lotnisko Indiry Ghandi w Delhi
jest jak baza innej cywilizacji w obcym, niepojetym swiecie.
Jest gigantyczne, bardzo nowoczesne i niczym nie ustepujace europejskim.
Kiedy zestawisz je z droga na to lotnisko przez brudne zatloczone delhi
czujesz natychmiastowa teleportacje.
To tak jakby ktos na wysypisku smieci otworzyl sklepy Cartiera
albo swiezy, pachnacy kiosk z sushi.

Odprawa idzie gladko, lot jest spokojny.
Na ekranie leci najpierw film z Gerardem Depardieu ale zdabingowany
po rusku, a potem ruski film z seventisow zdabingowany
przez amerykanskich aktorow.
Z pierwszego filmu zapamietuje kwestie Gerarda Depardieu:

-Ja nie magu pajechat’ w se.sz.a!!! (U.S.A.)

Boki zrywac;-))

W drugim scena przy stole, 3 aktorow, obiad jedza,
glebokie lata siedemdziesiate i wowczas jeden taki pan
z pekaesami i w okularach w rogowej oprawie mowi z bezblednym
amerykanskim akcentem:

-Mhhm…yummie..this borsh and pielmieni is so tasty Katarina.

-Thank you Nikolaj. I appreciate it! odpowiada baba w zapsce;-))

I tak dalej w tym stylu.

Na lotnisku w Moskwie okazuje sie ze nie ma tu bankomatow
wiec musze jakos przemeczyc sie pare godzin bez kasy
w oczekiwaniu kolejnego lotu do Warszawy.
Zapytalem chyba ze dwadziescie osob o pomoc, godzine,
o droge, czy cokolwiek innego i wszyscy odburkiwali mi cos,
albo wymieniali sie ze mna rownowaznikami zdan czy raczej monosylabami.
I to niezaleznie czy mowilem do nich po rosyjsku czy angielsku.
No coz, czlowiek sowiecki, wsio narmalno….

Ten dzien to istne szalenstwo. Budze sie skacowany po wczorajszych pozegnaniach.
Po przeczytaniu w necie ostatniej rewelacji od kogos mi bliskiego, ze ta nasza bliskosc
rozdzielona rozmieszczeniem kontynentow i dojmujaco rozciagliwym czasem
nie jest juz bliskoscia, a raczej dalekoscia spogladam trwozliwie na bilet i okazuje sie
ze wyolot mam dwie godziny wczesniej niz myslalem.
Czuje sie jakbym owdowial.
Siadam u stop klasztoru, w ktorym mieszkam i chociaz piekne rano, w duszy mam czarna otchlan.
Wypalam znowu piec papierosow jeden za drugiom zeby moc zebrac mysli
i poczuc sie lepiej w tych czelusciach wlasnej bezradnosci i zalamania.
Przychodze do Andy’ego z bagazami, zamawiamy takse i oczywiscie wbijamy sie
w monstrualny korek. Akurat wlasnie dzis ktos musial zaparkowac traktor na srodku drogi
wiodacej na lotnisko. Jestem tak przejety tym calym naglym gownem, ktore na mnie spadlo
ze slowa nie jestem w stanie z siebie wydusic.

Na lotnisko udalo sie zdazyc.

Andy zaklada mi na szyje magiczna szarfe zeby wszystko sie powiodlo
i przebijam sie przez kolejne bramki check-inow. Nadbagazu nie ma ale w kieszeni zostaja
mi niewymienialne rupiecie.
Sila pewersyjnej wrecz perswazji przekonuje wasatego Dyrektora Bramek i przemieniam w dolary
bezwartosciowy, niewymienialny w innych krajach plik tego szitu.

W samolocie poznaje 23-letniego chlopaka, ktory leci do swojej dziewczyny do Bangaloru
w Indiach. Leci pierwszy raz samolotem.
Ja nienawidze latac i kazde drgnienie powietrznego statku zlobi mi nowa zmarszczke na twarzy.
Tym razem musze grac twardziela i uspokajac chlopaka zeby nie zarzygal samolotu
i nie sfiksowal od cisnien, przeciazen i tajemniczo dla niego brzmiacych komunikatow.

-Plase, talk to me.

Wiec nawijam do niego jak najety, a on sprawdza co minute, ktora jest godzina.
Po drodze mijamy TO.

TO jest niepojete. To jest ogromne.
Z iluminatora widze odlegly lad, w dole pioropusze chmur, a wysoko nad chmurami TO.
TO wystaje ponad wszystko bo ma osiem tysiecy metrow wysokosci.
Juz teraz wiem na pewno, ze chce wejsc kiedys na jedno z tych TO.

W Indiach na lotnisku w tak zwanym pre-paid taxi robia mnie na 500 rupii.
Te banknoty sa dla mnie takie same ale daje na pewno 500 za takse.
Facet robi szybki myk pod lada i mowi

-You gave me only 100 hundred!

A ja daje sie zrobic i dopiero w hotelu zauwazam ta jakze istotna
dla splukanego zupelnie goscia roznice.

Jade bardzo stara taksa z lotniska na Pahar Ganj. Jedna noc i rano lece do Moskwy.
W taksowce jest tak. Muzyka jest tak glosno, ze idzie oszalac; taksiarz wyje
do wtoru temu co leci z kasety, co chwila jestesmy bliscy smierci w wypadku,
a ja po 15 minutach jestem zupelnie zrobiny oparami tego co on smazy w taksowce.
Koles jest kopletnie najarany i caly czas pali zeby caly czas na pewno byc kompletnie
najaranym. Co jakis czas pyta w jakims hindi-gesture-english narzeczu
czy moge mu odlac do plastikowej butelki troche whiskey.
Kiedy juz mysle, ze swiat postrdal rozum jestesmy na Pahar Ganj w sercu Delhi.

W hotelu zaprzyjazniam sie z boyem-hotelowym. Jest z Nepalu.
Przyjechal tu za chlebem. W Nepalu zarabial 88 pln tutaj jest inny swiat
bo zarabia okragle 120 pln. O rany rany…mam ochote przepraszac wszystkich i wszystko
ze jestem z Planety Europa.

Zeby dostac sie do Internetu musza zrobic mi kserokopie paszportu.
Biurokracja jest tu potworna, wszystko jest zapisywane, odnotowywane,
odfajkowane i tak dalej w tym samym tempie ma byc.
Boje hotelowi smigaja pod krawatem ale koszule z racji upalu i smogu
maja czarne choc producent odziezy zaprojektowal je jako biale.

WANDER&WONDER (szkic tekstu)

I am the only white man in the village
and I’m the only one man in the bus

I am the only white man who is having dinner
and I’m the only one who can’t fall asleep

I am the only one who is reading the news, yeah!
and I’m the only one man who produces them

I am the only white man in the city
and I’m the only one man who doesn’t fit here

and I wander, wander, wander, wander
and I wonder wonder, wonder, wonder
Am I the only one child of my own

Am I the only one who is reading the news, yeah!
Am I the only one man who produces them

and I wander, wander, wander, wander
and I wonder, wonder, wonder, wonder

Am I the only one in a billion
amongst the billions of the same like me.

Ostatni dzien.
Ostatni dzien jest jak pierwszy kiedy tu przyjechalem. Znowu spadaja mi luski z oczu
i widze wszystko bardzo jeden do jednego, nazbyt wyraznie i wszystko znowu mnie szokuje.
Andy tego dnia postanawia zrobic mi zastrzyk z silnego, stezonego, koncentratu
Nepalu. Wsiadamy na motor i pedzimy na japonskie rybki do Kakani, a po drodze
powietrze z wyksztusin Kathmandu przeistacza sie w wonny himalajski plaster na pluca.
Mijamy po drodze wiele restauracji i resortow.
Jak sie pozniej dowiadue sa to domy publiczne.
Mnie ten rodzaj prostytucji w instytucji nie interesuje ale moze Wam wyda sie to ciekawe
do przeczytania mili Panstwo.
Dziewczyny nie pracuja na miejscu, tylko normalnie wioda piekne, proste i uczciwe zycie
w swoich wioskach. Kiedy w restauracji pojawia sie klient, pan menago zamawia takse
i przywozi kilka pszczolek. Po ogledzinach dokonuje sie trafnego wyboru (mozna np. trafic hiv-a)
dogaduje sie z dziewczyna i udaje sie do pobliskiego kopulatorium.
Kopulatorium to najczesciej male bambusowe chatki o powierzchni 2m2 czyli akyrat
tyle ile zajmuje platanina cial w kleszczach rozkoszy.
Koszt takiej imprezy to okolo 50, 60 pln, dziewczyny maja okolo 18 lat albo tak mowia.
Wiecej danych niestety nie mam jako ze bezposrednio nie uczesticzylem w takich bara-bara.
Od tego niestety traci sie cenne punkty szacunku do samego siebie wiec lepiej
wylaczyc sobie opcje takich hec.

Po pysznych rybkach udajemy sie jeszcze nad jezioro, na wiszacy most i do odleglej stupy.
Chcielismy jeszcze zobaczyc na koniec kremacje zwlok na Pasupati ale wbilismy sie
w gardlo otaczajacego Kathmandu ringroadu.
Ta obwodnica to jest krag piekielny. Panuje tam permanentny korek,
jezdzi mnostwo ciezarowek, wszyscy trabia jak opetani, nie ma innych swiatel
niz reflektory samochodow i motocykl,i a wszystko to jest utopione w niepojetej zawiesinie
kurzu, pylu, smrodu, smogu i wszystkiego innego co odksztusza z siebie Kathmandu.
Jedziemy przez trzewia tego potwora na odlegle Pasupati ale kurzawa jest tak dojmujaca,
ze postanawiamy zawrocic do nas na Swoyambhu.
Docieramy do newarczyka, zamawiamy flaszke, oczy pala od spalin niemilosiernie
i cali jestesmy w tej okladzinie, ktora okladalo nas na ringroadzie Kathmandu.
Przysypani jak pompeje wulkanicznym pylem popylamy jeszcze na stupe noca.
Po drodze przylacza sie do nas maly czarny piesek i prowadzi na sama gore.
Kiedy wracamy przylacza sie do mnie cala zgraja psow. Osobliwe.
Wszystkie razem odprowadzaja nas z powrotem do motocyklu.
Tutaj wierzy sie ze psy to inkarnacje mnichow, ktorzy jeszce maja tu cos do zalatwienia.
Tutaj. Na tym padole.
Spotykamy jeszcze znajomych wypijamy piwko i udajemy sie na spoczynek
bardzo kreta droga z racji wypitej ilosci i jakosci.

ostatnia noc w Katmandu
siedze ze swoich demonow banda
karmia sie kruki dobra karma

ostatnia noc w kathmandu
z moimi demonami gadam normalniej
jedziemy po ringroadzie z Andym

Robie juz ostatnie zakupy na Thamelu i powoli zwijam zagle.
Za dwa dni powinienem byc w Polsce, ktora z pewnoscia znowu mnie oczaruje.
Jak pomysle o Wisle to wydaje mi sie, ze jej nurt to wylacznie woda Perrier.
Jak pomysle o warszawskim powietrzu to juz mi sie kreci w glowie-
w porownaniu do tego z Kathmandu  pachnie zapewne jak w ciechocinku po sezonie.
Najbardziej jednak brakuje mi tych wszystkich wspanialych ludzi, ktorzy tam zostali.

Z zakupami sprawy maja sie tak:

Wszystkie Dolce Gabany, North Face, Mammut, Adidas czy inne takie
sa oryginalnie podrabiane w innych azjatyckich krajach.
Nie probuja nawet sie asekurowac czy kamuflowac i wygladaja nawet przyzwoicie.

Rozmowa ze sprzedawca wyglada tak:

-Namaste Sir!

-Namaste!

-Wic ju looking? (ew. Wic kantry?)

-I need a sleeping bag.

-I have very spesial for you.

-Oh, really for me? (tak, bywam naiwny…)

-Yes, yes, very comfort!

-How much?

-2800 rupies, Sir!

Tutaj machamy rekami, lapiemy sie za glowe i najlepiej zdecydownie odchodzimy.
Zatrzymuje nas okrzyk:

-Wic prajs ju giv?

-1800 rupies.

-2400!

-No, 2000!!!

-Sir, no, please 2200-wery haj kwality!!!

-You give 2000, I take!!!!!

-Okay, okay, no business for me but aj lajk ju aj give ju ju are maj frend.

Oczywiscie zarobil na mnie sto procent i w duchu najczesciej smieje sie i nazywa mnie white chicken-
bo tak tutaj mowi sie na bialasow-turystow. Co do jakosci tych sprzetow jestem skolowany
jak po karuzeli co niedziela na Bielanach.
To co jest takie samo czesto jest tansze dwa razy, a sprzedawca zawsze mowi:

-Wery haj kwality-not lajk in other szops!!!

Zeby upodobnic sie troche do tego czym bylem 3 miesiace temu postanawiam
z ubostwa zrobic sie na bostwo i zachodze do Bjuti Parlour!
Zeby nie bylo nieporozumien-wiele bjuti palourow albo masazy na Thamelu to sa
wypisz wymaluj burdele w calej swej burdelskiej istotnosci.
Moj Bjuti Parlour to usmiechniety hindus, ktory juz zaciera w progu rece na widok mojej brody.
Nie pojmuje tego jak ktos moze sie jarac tym, ze komus innemu ogoli brode.
Co to za fetysz jakis dziwny jest???

Pare lat temu mieszkalem na Krecie i ostatniego dnia przed powrotem do Polski,
chcialem sie ostrzyc-dla dziewczyny co na mnie tam w Warszawie czekala.
Fryzjerka nie zalapala i zrobila mnie na amerykanskiego zolnierza, co sam sie ostrzygl
bez lustra scyzorykiem.
Zeby uniknac ekspresjonizmu abstrakcyjnego w dziedzinie fryzjerstwa
ustalam porzadek obrad.

-Do you speak english?

-Yeees, sit, sit, very nice!

Pokazuje na brode i mowie zeby tylko ja wyprostowal, bo sie pogiela i zeby
ja przycial bo mi ptaki gniazdo uwija niebawem.
Hindus mowi:

-Yeees, anderstend evryfing, only trimming I know, Sir!

Siadam na fotel, ustalamy cene na 100 rupieci, szmata zarzucona szast-prast, pordzewiale esy floresy
starych nozyczek kraza jak roj dookola mojej twarzy i po 5 minutach gotowe!
Wtedy Hindus pokazauje mi ze lzami niemalze w oczach jakas butelke
i mowi:

-Sandal wood, very najs, ju smell!

Wacham no rzeczywiscie najs i Pan Fryzjer naciera mi tym twarz, po czy z nabozenstwem
wydobywa kolejny flakon z jakas kolejna nieziemska tinktura.
Tym razem glos mu drzy ze wzruszenia.

-Very najs, for good hair massage, ju smell!

Wacham i mowie dobra czemu nie wlosy wazna rzecz oby mi tylko nie wypadly
po tym zabiegu. Hindus masuje mi glowe, naciera tymi wonnymi bajerami
ja sie relaksuje i mysle tak:

Stara sie chlopina. Naprawde stara. Dam mu 100 procent tipa.
W tym przekonaniu utwierdzam sie kiedy zaczyna masowac mi juz nie tylko glowe
ale i kark, rece, palce. Zaczynam sie nawet obawiac jakiego rodzaju jest to zaklad
bo Hindus jest wyraznie zadowolony, pomrukuje i jest mu chyba lepiej niz mnie.
Szczesliwie jednak konczy sie na wymasowaniu dloni.

Usiskujemy sobie rece i wtedy ten lotr mowi:

-800 rupies, sir!

I smieje sie pod wacholami…

Myslalem, ze mu wyrzne w gebe ale sie powstrzymalem-
za bardzo mnie obezwladnil i zrelaksowal masazem…

Stanelo w koncu na tym, ze go opieprzylem, postraszylem policja i zaplacilem 400 rupii.
On sie za to bestia, lajdak jeden, caly czas smial i jak mantre powtarzal to swoje
-Okay, no problem, very najs!

Jak mi powiedzial pozniej Andy 100 rupieci to jest maks za tego rodzaju uslugi.

Kazdego niemalze dnia po powrocie ze studia odwiedzam rodzine co zawiaduje
blaszako-spozywczakiem u stop stupy Swoyambhu. Nepalskim obyczajem
podsuwaja mi pleciony stoleczek i siedze u nich na ganku popijajac to i owo.
Codziennie gadamy dokladnie o tym samym-toczka w toczke.
O pogodzie, celu mojej wyprawy, jak idzie im opychanie zieleniny
a mi darcie sie do mikrofonu; kiedy przyjechalem i kiedy wracam,
a takze czy Polska jest w Europie i czy mam rodzine, dziewczyne, psa czy co tam jeszcze.
Kiedy tak gawedzimy nagle nadjezdza Andy na swoim motocyklu i porywa mnie
z objec nepalcow. Poczatkowo mamy jechac w dzungle ale jako, ze nie jestesmy
pewni czy swiezo wyfasowany motor poradzi sobie na stromych wzniesieniach,
kierujemy sie na stupe Swoaymbhu, piec minut od naszych domostw.
Stupa goruje nad Kathmandu wbita we wzniesienie
z ktorego rozlega sie widok na cala doline.
Jest godzina gruuubo po 22.00.
W zasadzie po zmroku nikt tam nie ma prawa wstepu, a juz na pewno
nie turysci. I tutaj Andy uzywa chwytu a la potrojny nelson.
Otoz jego obecna zona pochodzi z kasty kaplanow, ktorzy mieszkaja
na wzgorzu wokol tej wlasnie Swiatyni Malp.
Kilkanascie lat temu poznal ja wlasnie tutaj i zamieszkal na tym wzniesieniu
jako pierwszy bialy w historii. Pokazuje mi nawet miejsce, wktorym sie poznali.
Kiedy wykloca sie z ochrona ktora nie chce nas wpuscic,
chyba tych wlasnie argumentow uzywa. Miekna i wdrapujemy sie dalej.
Wyobrazcie sobie ze jestescie w swiatyni, czakramie ziemi czyli
miejscu, ktore promieniuje ogromna energia, ze jestescie tam o porze
kiedy poza Wami nie ma tam nikogo, ze jest to na wzgorzu porosnietym dzungla,
dookola spia malpy, na drzewach jest porozwieszanych tysiace flag modlitewnych
a wszystko skapane jest w rdzawych swiatlach lamp sodowych.

Na samym szczycie spotykamy dwoch panow popijajacych wodeczke i popalajacych
costam wonnego.
Okazuje sie ze Ci panowie to naczelni kaplani swiatyni Swoyambunath po robocie;-)
Tez sa ludzmi i musza odreagowac.
My naturalnie z Andym dajemy im do zrozumienia, ze nic co ludzkie nie jest nam obce,
okazujemy wspolczucie wyswietlajac pobrzekujaca zawartosc naszego plecaka.
Fak,t ze Andy tu mieszkal przez lat trzy oraz bateria w naszej torbie otwiera serca
mnichow. Zabieraja nas pod swoj dach gdzie jeszcze nigdy nie goscili biali.
Rozkladaja koce na dachu, jest przepiekna upalna i bezwietrzna noc,
popijamy piwo,likwory, gadamy i wtedy na stole (kocu?)
zjawia sie flaszka z piecioletnia nalewka z Yarsagumba.

Co to jest?

Bardzo wyjatkowe stworzenie, ktore w istocie jest gasiennica zyjaca pod powierzchnia ziemi.
Tuz przed nadejsciem monsunu stworzenie zostaje zainfekowane przez grzyb, ktory
powoli zaczyna zapuszczac korzenie w swoim zywicielu, wyrasta mu przez glowe jako zielone
zdzblo i usmierca tym samym gasiennice. Jest to wiec unikalna fuzja swiata roslin, grzybow i zwierzat,
Przez wielu uwazana za najsilniejszy dostepny afrodyzjak, mozna to pic z mlekiem,
w nalewkach albo przyjmowac sam proszek. Mnostwo Nepalczykow wyrusza w gory,
glownie do suchego i slonecznego Dolpo na 3500 m zeby zdobyc ten cenny kruszec.
Robak jest legalny, a cena za kilo moze osiagnac nawet 1500 usd.
Jeden z mnichow (sa w cywilu) przynosi kamere i nas zdejmuje. Kreci z reszta wszystko
i pokazuje tez filmiki z zakazanych miejsc, ktorych nikt smiertelny poza jego kasta
ogladac nie powinien. Jestesmy kolegami, dzieki Andyemu bede mogl tu zawsze wejsc
i nawet przespac noc. Zostawie sobie to na nastepny przyjazd do Nepalu.
Ten wieczor wycisnal ze mnie lzy kiedy sam obszedlem stupe po posiedzeniu na dachu.
Kaplani byli wyjatkowo przyjazni, wiek okolo 40 lat.
Jeden z nich mial ksywe Doubleman-to dlatego, ze w raz z siostra urodzil sie jako blizniak.
Jak nazywal sie drugi mnich-nie pamietam ale Doubleman z racji swej podwojnosci musi nam wystarczyc;-)

Yarsagumba to bardzo mocna rzecz lecz tak naprawde jej dzialanie poznalem nazajutrz.
Przed oczami lataly mi jakies zygzaki, ledwo sie pozbieralem i poszedlem do studia po odbior danych.
Caly dzien mialem zupelnie skasowany ale tamtego wieczoru nie zapomne nigdy.


Sesja dobiega konca. Udalo sie nagrac wszystkie partie wokalne,
ukulela sopranowe i tenorowe, szejkery, perkusje i flety bambusowe.
Reszte sladow dogramy w Warszawie tak aby byl to prawdziwie
polsko-nepalski projekt Cel-Ne-Pal!
Praca z obydwoma realizatorami ukladala sie swietnie, bez napiec,
bez niepotrzebnych stresow.
Za sterami siedzial 19 letni Nikesh i jego 31 letni wujek Deevesh.
Lepiej mi sie pracowalo z mlodym bo mial zupelnie swieze, nieskrzywione
dzobiarstwem podejscie natomiast jego stryj duzo wieksza wiedze
i sprawnosc. To niepojete ale oni zyja absolutnie tylko muzyka.


DEEVESH czyli wujek realizator

Zaczal wyjatkowo wczesnie bo w wieku 13 lat.
Wtedy to wowczas wygral pierwszy konkurs na najbardziej utalentowanego
gitarzyste i najciekawszy zespol.
Potem sukcesywie rok po roku wygrywal nastepne, tak ze w koncu
zabronili mu wystepowac i osadzili na lawie Jury.
Jest rzeczywiscie bardzo sprawnym gitarzysta i gdyby nie fakt, ze ja zadnych
gitar na tej plycie miec nie chce to z cala pewoscia bym go zaprosil.
Na czym polega fenomen jego zespolu?
Otoz na poczatku lat dziewiedziesiatych kiedy wszyscy w Nepalu
grali na sarangi (takie skrzypce) i madalach (takie bebny) swoja
rzewno-skoczna muzyczke Ci chlopcy zaczeli grac pierwsze covery
zagranicznych zespolow przeszczepiajac tym samym na azjatycki grunt
takie gatunki jak blues, rock, fusion, heavy-metal.
Z czasem Deevesh zaczal tez komponowac i jego zespol KOBWEB (pajecza siec)
stworzyl wlasny, rockowy reperuar.
Slyszalem to na koncercie i moze nie powalilo mnie ale bylo to bardzo
energetyczne i sprawnie zagrane.
Obecnie KOBWEB to najpopularniejszy zespol rockowy w Nepalu, koncertujacy
czynnie w wielu krajach, takich jak Honkong, Indie, Japonia,
Australia czy Nowa zelandia.
Mozna ich uslyszec w kilku klubach na Thamelu w Kathmandu gdzie
graja glownie covery pod turystow ale pod koniec kazdego koncertu zawsze
dorzucaja swoje kawalki.
Tak zarabiaja na zycie w przerwach miedzy trasami koncertowymi.
Owe covery w zasadzie niczym nie roznia sie od oryginalow
a niektore ich wersje podobaja mi sie nawet bardziej.
Wczesniej przewracaly mi sie flaki i zawracala krew w zylach
kiedy slyszalem jakies knajpiane proby zagrania cudzych numerow.
Do nich nie mam slowa zalu. Graja z pasja choc to ich chleb powszedni

Nikesh czyli siostrzeniec realizatora

Ma 19 lat i wyjatkowy talent. Gra na gitarze od 10 lat i pracuje
w studiu jako realizator. Swietne ucho i zywiol za konsola.
Bardzo sie zaprzyjaznilismy, prosi mnie zebym go nauczyl grac moje
piosenki, stara sie nawet podspiewywac po polsku;-)
Ma swoj zespol z ktorym na razie gra tylko na Thamelu
ale robi to znakomicie. Swietlista przyszlosc mruga juz do niego okiem.

JA czyli we wlasnej osobie

Zaczynam rozumiec, ze chcialbym popelnic malzenstwo z podrozami i muzyka
i raz do roku wyjezdzac na dwa miesiace na jakas sesje nagraniowa
do odleglego kraju, z ktorego bede przywozil travelogue, zdjecia i muzyke nagrana
z lokalesami. Jest jeszcze w tym wszystkim ktos z kim musze to przegadac
i dostac blogoslawienstwo.
To ktos na kim bardzo mi zalezy.
Raz do roku potrzebuje takiego wyjazdu,
potrzebuje sie oderwac od polskiego matriksu i zaczerpnac swiezego powietrza.
Inaczej z pewnoscia dawno bym juz oszalal, sfiksowal czy co tam jeszcze innego.
Dwa miesiace odosobnienia robia mi dobrze, natesknie sie, nabiore sil
i wracam. Taki klasztor w pigulce.

BUDDYZM

Marcel Markowski, dwoch przesympatycznych chlopakow z Polski (Arek i Parys)
ktorych tu spotykam i Andyopowiadaja mi duzo o buddyzmie
i diamentowej drodze (jedna z czterech sciezek buddystow).
Wszystko to ma bardzo wiele sensu i w barzdzo pouczajacy sposob
pokazuje jak sie stac lepszym, bardziej wspolczujacym czlowiekiem
i jak mozna zarazic tym innych. Bardzo mi sie przydadza takie mikroby.
Nie jestem buddysta ale to o czym tu mowa przemawia mi do serca
i kaze przystanac i zastanowic sie nad wieloma rzeczami.
Insygnia, symbole i dykurs katolicki zawsze brzmial dla mnie obco jakkolwiek
wiele tez z buddyzmem ma wspolnego. Nie podoba mi sie wiele szat
w jakie niestety zostala przyobleczona religia mojego kraju.
W kolko ten krzyzyk.Nie potrafie tego na poki co doprecyzowac,
chce to dobrze przemyslec, przezyc i przezuc.
Coraz mniej intersuje mnie stechnicyzowany swiat wyprany z duchowosci.
Tyle wiem poki co.

Ide do studia po dzeilnicy Putalisadak ulicami tego monstrum jakim jest Kathmandu.
To mniej wiecej godzinny spacer. Zeby pojac czym jest ten miejski trekking
nalezaloby wyobrazic sobie takie miasto jakim jest Warszawa ale zaludnic je
po dwakroc. Po zaludnieniu wypuszczamy na ulice krowy, wysypujemy smieci tu i owdzie
i wymieniamy wode w Wisle na scieki.
Kiedy juz zaczyna sie powoli rozpromieniac euroazjatycka aura na niektorych przecznicach
umieszczamy spalarnie zwlok i jednoczesnie dwukrotnie albo i trzykrotnie zwezamy ulice.
Potem dokonujemy meta a w zasadzie megamorfozy w dziedzinie dzwieku
i kazemy wszystkim kierowcom jednoczesnie trabic.
Teraz czas na zmasowany atak na zmysl powonienia
tak wiec zdejmujemy katalizatory z samochodow , wycofujemy auta zdatne do jazdy
i wypuszcamy na miasto zdezelowane trupy starych suzuki maruti, ktore przepieknie
promieniuja do atmosfery klebami czarnego smogu.
Zeby zmysly spanikowaly zupelnie, zdejmujemy wszystkie mozliwe sygnalizacje swietlne
i likwidujemy przejscia dla pieszych. Zamiast naszych babinek z kwiatami i stoiskami z dividi
umieszcamy blaszakobudy z watpliwej swiezosci miesem, kadzimy sobie kadzidlami
i wypuszcamy na miasto kozy i setki bezpanskich psow aby potem poprosic wszystkich
mieszkancow zeby wyszli na ulice i probowali opchnac z reki wszystko co maja.
Po tych kilku niezbednych operacjach aura promieniuje juz w pelni azjatycko
a Warszawa zmienia sie w ziejacego tym wszystkim gargantuicznego potwora.

Spacerujac do studia na Putalisadak zdaje sobie sprawe, ze nigdy nie odwazylbym sie
chyba tak przechodzic przez ulice jak tu.
I choc nie ma zebr i wszystko pedzi na oslep zewszad ruchem nie tyle co lewostronnym
co wszystkostronnym, boje sie mniej.
Jak to dziala?
Skoro nie ma zadnych znakow, swiatel i etceterow wszyscy patrza na wszystko
ze zdwojona uwaga i wytezeniem, a ja idac piechota nie patrze innym na rece tylko sobie na stopy
czy czasem ktos mi nie chce ich rozjechac. Scisk jest nieprawdopodobny, wszystko jest
tak dokladnie zesznytowane jak pod linijke.
Ludzka magma pulsuje jak rozjuszone kijem mrowisko ale wydaje sie polaczona
jakims wewnetrznym rozumieniem sytuacji.

Wszedzie ta przytlaczajaca bliskosc, nieustajace ocieranie sie, pot, upal, spaliny i gama fetorow.
Nieprawdopodobnie jest, ze tak wiele ludzi tutaj prowadza sie za reke, pod reke, obejmuje sie i dotyka.
Czy to mezczyzni ze soba czy kobiety czy miksy, czy jakkolwiek meskoosobowo czy kobietosobowo.
Brakuje mi tego w Europie i doskwiera ten dystans.

Po drodze do studia wsrod kipiacych odzieza i wszelim bardzo rzetelnie podrobionym
przez azjatow dobrem napotykam dwie nowe osobliwosci.
Do wpacania pieniedzy zacheca mnie bank „NIC”, a obok niego stoi wasaty pan,
ktory sprzedaje akumulatory o  nazwie napelniajacej dusze energia.
Akumulatory nazywaja sie KRISZNA.


  • RSS